O niewinnej dyni.

Święto zmarłych już za nami. Mało kto jeszcze zastanawia się po co? I jak?

Ci, co byli „na grobach” to byli, ci co nie, to nie. Zmarli dalej są nieżywi, a żywi dalej próbują się połapać, o co chodzi? Wokół 1 listopada zapanowało pewne poruszenie. Głównie na facebook’u ale i w innych miejscach, i głowach pewnie też. Pojawiły się stronnictwa, ugrupowania, agitatorzy różnych opcji.

Na początek kwestia tradycji. I nie tej, związanej z samym świętem ale tej, dotyczącej dnia przed. Halloween, bale, imprezy i krzyk „to nie nasza tradycja”, a za krzykiem internetowe memy, przepychanki, co się powinno, a co nie, nakłanianie do modlitwy, zaproszenia na bale świętych, straszenie opętaniem przez duchy. Kurde, o co chodzi?

Fakt jest taki, że w polskim zwyczaju było pochylać się, ze smutkiem na twarzy, nad grobem babci czy dziadka. Nie zawsze umiałem się połapać, czy to zaduma, czy może aż tak piździ, że ludzie kulą się w swoich puchowych kurtkach i płaszczach. Jedynie dzieci miały jakiś ubaw, bo można było wsadzić palec w lejący się wosk. A dni przed nie było, chyba, że rodzina z daleka przyjechała. Jedni się modlą, inni płaczą, jeszcze inni piją wódkę albo idą potańczyć, nieważne czy w stroju aniołka, czy wiedźmy.

Że nie nasza tradycja? Tradycja jest taka, jak ją sobie stworzymy. Zgodnie z tym rozumowaniem tradycją człowieka jest siedzieć na drzewie albo w jaskini i zastanawiać się, jak tu wskrzesić ogień albo wymyślić koło. Tradycja ewoluuje jak wszystko. Przecież nikt nikomu nie karze świętować w stylu halołin czy modlić się za zmarłych w bazylice. Różni ludzie, różne potrzeby. I wszystko jest ok, jeżeli nie piętnujemy innych za ich wybory. Możesz mnie zaprosić na bal, możesz powiedzieć, jaka jest jego konwencja, ba, możesz nawet zaprosić mnie na modlitwy. Tylko nie mów mi, że czegoś mi nie wolno, nie powinienem, czy nie jest to moje. Bo co jest moje, to jest moje i to ja wiem najlepiej jakie są moje wybory. Użalamy się nad tym, że ludzie są bezmyślni i podążają za modą. A jak moda jest nie w naszym stylu, to wrzucamy pochodnię w stos i gonimy czarne koty.

Ja dyni nie kroję, nie przebieram się za diabła czy aniołka, ale jakoś nie wydaje mi się, żebym przez to był lepszym człowiekiem, polakiem, patryjotą czy tradycjonalistą, albo gorszym. Po prostu, taki wybór.

1 listopada to dzień, jak każdy inny. Jest czasami wolny od pracy. Czy dobrze, czy nie, trudno powiedzieć. To wszystko zależ,y czy się jest pracodawcą czy pracownikiem. Jak każda społeczność mamy pewne rytuały z tym związane: znicz, dąbki, spacer po zmroku, bo nad cmentarzem robi się łuna. A do tego obiad w rodzinie, stanie w korkach, wypadki śmiertelne z pośpiechu i nieuwagi, policyjna akcja „znicz”. To wszystko tworzy, nazwijmy to, klimat. Czy to wszystko jest właśnie tradycją?Czy sprzyja to zadumie? Nie sądzę. Czy warto kultywować ten dzień? Jednak sadzę, że tak. Tyko może jakoś spokojniej, bez pospiechu, „koniecznych” ozdobników, wkurzenia na jakość dróg i robienia czegokolwiek na siłę.

O zmarłych warto i trzeba pamiętać. Ja lubię myśleć o tym, jak żyli, a nie o tym, że umarli. I nie potrzebuję do tego ani konkretnej daty, ani znicza. Jednak jeśli komuś tak jest łatwiej, to proszę bardzo.

I jeszcze jedno: MEMENTO MORI. Po łacinie brzmi to jakoś strasznie, tak halołinowo. Może dlatego ludziom jest to w smak, żeby ten dzień przed świętem zmarłych zjeść coś słodkiego i potańczyć. Ponabijać się z tej kostuchy albo pomodlić. Tak czy siak. Zmarli dalej są zmarli, a Ty PAMIĘTAJ, ŻE ŻYJESZ.

Podziel się !!!