Wiosenne postanowienia.

Podobno 80% noworocznych postanowień umiera śmiercią naturalną w okolicach lutego – najdalej w okolicach lutego. Rok za rokiem to samo. Zajadasz ciasto i obiecujesz sobie, że zaraz po tym, jak minie sylwestrowy kac, zabierzesz się za dietę. Leżysz przed świątecznym telewizorem i obiecujesz sobie, że po nowym roku będziesz regularnie ćwiczył. Albo w czasie świątecznego urlopu wmawiasz sobie, że będziesz wszystkie zobowiązania zawodowe realizował przed czasem. BZDURA. Sam się dziwię, że określenie „noworoczne postanowienie” jeszcze funkcjonuje. Naprawdę ciężko jest mi w odmętach swojej pamięci odnaleźć kogoś, kto by takowe zrealizował. A co roku z uporem maniaka oddajemy się wręcz kultowi noworocznych postanowień. Ba! Niektórzy tak je lubią, że stwierdzają, że w tym roku nic sobie nie postanawiają tylko zaczną po prostu coś robić – a co to jest, jak nie postanowienie?

I tak na dobrą sprawę nie mam nic przeciwko postanowieniom, nawet tym noworocznym. Tylko one nie mają prawa życia. Weźmy na tapetę na przykład nieśmiertelną dietę. No jak to miałoby niby wyglądać? Siadasz do świątecznego stołu, tradycyjnie w naszym szanownym kraju stoły z IKEI ledwo wytrzymują obciążenie. Pod domami z tradycją, gdzie znajdziemy jeszcze prawdziwy dębowy stół, czuwają przebrani za kolędników pracownicy nadzoru budowlanego, na wypadek gdyby fundament zaczął pękać pod naporem szynek, ciast, karpi … no i zostaje to wszystko po wigilii, a żeby się nie zmarnowało, dociskamy się z częstotliwością głodnego cielaka – karmienie co godzina. I tak przez cały tydzień, aż do Sylwestra. A tam imprezka, trochę alkoholu i jeszcze sporo żarcia, bo oczywiście w nowy rok trzeba wejść na bogato. Kac mija, w żołądku trochę się ułoży i gdzieś około 3 stycznia bierzemy się do roboty – przechodzimy na dietę. A nasz organizm, przyzwyczajony do ciągłego dorzucania, zaczyna się buntować, ssie, coś by się zjadło. Generalnie na dworze ciągle jeszcze zimno, a my sobie fundujemy deficyt kaloryczny. Naprawdę, najbardziej wytrwałym daję czas do końca stycznia.

I tak samo albo podobnie można przeanalizować wszystkie inne postanowienia. Rzucanie palenia, aktywność fizyczną, poznanie kogoś ciekawego, może nawet podryw.

A wiosna?? WIOSNA TO CO INNEGO. Zasadniczo to 21 marca powinien być dniem wprowadzania w życie postanowień. Nawet tych noworocznych. Warunki są wręcz idealne.

Dieta – proszę bardzo. Można zacząć rozglądać się za warzywami i owocami. Można zacząć od jakiegoś oczyszczania, a później rzodkiewki, szczypiorek, nowalijki. Na dworze coraz cieplej i chętniej rezygnujemy z ciężkawych potraw na rzecz tych lekkostrawnych. Ba, organizm sam się odchudza. Do tego w styczniu mamy w perspektywie kilka miesięcy na efekty, a tutaj bliskość maja, czerwca, wakacji jeszcze bardziej motywuje do pracy.

Sport – jeżeli tylko nie wybraliśmy sobie narciarstwa biegowego za naszą główną aktywność, to marzec – kwiecień jest jak najbardziej idealnym czasem, żeby zacząć. Bieganie, spacery na początek. Przecież nie na mrozie w śniegu po kolana, a właśnie w pierwszych wiosennych promieniach słońca.

No i miłość – no proszę was, co tu dużo mówić. Wiosna to wiosna. Aż prosi się, żeby się zakochać.

Natura wie co robi. Wiosną wszystko budzi się do życia. Wiosną wszystko się zaczyna. Wykorzystajmy naturalny rytm świata, żeby nie wyrzucać sobie znowu, że nasze noworoczne postanowienia strzeliły w łeb.

Nie musisz wymyślać nowych. Przypomnij sobie te ze stycznia i spróbuj właśnie je wprowadzić w życie. Niech wyjdą spod śniegu i rozkwitną.

JA SPRÓBUJĘ :)

          M.

wiosna

Podziel się !!!

1 comment on “Wiosenne postanowienia.Add yours →

Comments are closed. You can not add new comments.