Sukces pisany wódką.

Tkwimy w erze kłamstwa internetowego, wszechobecnego sukcesu, bycia fit, cool (chociaż to juz chyba archaizm). Instagram, facebook, snapchat serwuje nam wycinki ludzkiego życia. Przefiltrowane, starannie dobrane, opatrzone komentarzem: jak to pięknie, jak to dałem radę, jak to wszystko jest możliwe, jak to zawsze możesz wszędzie wszystko.

Bzdura.

Są takie chwile, że sukcesem jest nie upaść jeszcze niżej. Nie upodlić się jeszcze bardziej. Nie zmarnować kolejnego dnia. I nie mówię o dniu lenia albo, że dzisiaj bez maratonu, siłowni, pozyskanego klienta.

Mówię o chwilach i sytuacjach, które trzeba przetrwać.

Dlaczego instagramy, fejsbuki, snapczaty nie pokazują ciemnej strony mocy? Bo trendy na to nie pozwalają. Bo pokazujemy wtedy, że jesteśmy słabi, nieporadni, zmęczeni, czasami brzydcy. I wydaje mi się, że właśnie tak jest. Jest gdzieś pośrodku wszystkiego miejsce na słabość, smutek, ból i ten cały syf, który próbujemy ukryć. Który i tak wyjdzie na wierzch. Jeżeli nie sam w sobie, to co najmniej smród zacznie się unosić.

I co wtedy? Perfumik? Obawiam się, że nie pomoże.

Chyba trzeba stwierdzić: SHIT HAPPENS i spróbować jeszcze dać radę.

No to siup, bo młodsi nie będziemy…. do dna

M.

Podziel się !!!