Czego chciałbym, żeby moje dzieci nauczyły się w szkole? Cz.1

Przez wszystkie lata mojej nauki,

Ministerstwo Edukacji Narodowej

nie trafiło z programem w moje potrzeby.

                                                                                                                    M.

Tak, to MOJE słowa. Posługiwałem się tym stwierdzeniem w formie żartu, prześmiewczo, może po to, żeby usprawiedliwić moje niepowodzenia szkolne czy niechęć do jakiegoś przedmiotu.

Jednak nasze przekonania i opinie skądś się biorą. I to przekonanie też ma swoje źródło. Jakie? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pewno, jednak po szczęśliwie zakończonej edukacji podstawowej, średniej, maturze i niewłaściwie wybranych studiach nr 1 (patrz poprzedni wpis) mam dość duże doświadczenie w obserwowaniu mojego zapału do nauki, a właściwie jego braku.

ALE – nie jest tak zawsze, więc zakładam, że to nie przez lenistwo czy gen anty-nauki. Gdyby taki istniał i miałbym go, nie nauczyłbym się pisać :P

Są dziedziny, które wciągają mnie w stu procentach. Pochłaniają mnie w całości, tracę przy nich poczucie upływającego czasu. Pogłębiam wiedzę, sprawdzam ją w praktyce i czerpię z tego satysfakcję. Dlatego jestem zdania, że moje słowa, cytowane powyżej, są najzwyczajniej w świecie prawdą. Co najmniej w stosunku do mnie samego.

Przez całe moje życie edukacyjne nikt z Ministerstwa nie przyszedł i nie zapytał, czego chciałbym się uczyć. Nie zadzwonili, ba! nawet pocztówki nie przysłali. Jestem oburzony! Wystarczyło zapytać, a nie zapytali mnie, nie zapytali Ciebie, nikogo nie zapytali!

Mam wrażenie, że w tej materii niewiele się zmienia. Oni piszą program, nauczyciele próbują go zrealizować, a narybek czeka, aż będzie mógł wypłynąć na szeroki przestwór oceanu i wyciągnąć pierwiastek z całki budowy pantofelka w oparciu o twierdzenie Pitagorasa. Ja (piiiiiiiip)!

Mam dwoje dzieci. W wieku jeszcze nie szkolnym, ale już niebawem to się zmieni. Obarczony opowieściami moich przyjaciół, którzy weszli już na szkolne pole bitewne oraz własnymi przemyśleniami praktycznie odgryzam sobie język. Przecież nie powiem sześcioletniej dziewczynce, że szkoła jest bez sensu, i że jeśli sama nie zadba o swój rozwój, to nikt za nią tego nie zrobi. Byłby to ewidentny strzał w kolano, jeżeli nie w łeb.

Żeby nie było tak strasznie, czarno i smutno. Nie, nie jestem przeciwnikiem szkoły! Nie, nie mam nic przeciwko nauczycielom! Nie, nie napiszę własnego programu klas 1-3 i nie założę niepublicznej placówki. Powiem tylko, czego ja chciałbym nauczyć się w szkole i myślę, że gdyby moje dzieci miały z tym styczność, też by nie straciły.

JĘZYK POLSKI

Języki obce są ważne, bardzo ważne, ale najważniejsze, żeby ojczysty język nie był Ci obcy. W tym przypadku MEN miał szczęście, jeżeli chodzi o moją osobę. Na linii frontu stanęły takie panie od polaka, że obroniły jego pozycję. Może właśnie dlatego piszę o nim jako pierwszym.

Ale powtórzę jeszcze raz, cofając się wstecz do tego czasookresu, że NIE WIEM co poeta miał na myśli. Bo poeta miał swoje myśli a ja swoje. Poeta najpewniej już nie żyje i, jeżeli nie zostawił żadnej instrukcji do wiersza, pewnie nie do końca zależało mu na tym, żeby odgadywać jego myśli. Zależało mu, żeby jego wiersze czytać, i żeby tomiki kupować, i żeby te wiersze się podobały.

Dlatego uważam, że faktycznie – zadaniem języka polskiego jako przedmiotu szkolnego jest doprowadzić do spotkania młodego człowieka z literaturą. Jednak, żeby z tą literaturą człowiek mógł się spotkać, najpierw trzeba go nauczyć czytać. Wprawnie czytać. Szybko i ze zrozumieniem. Dlaczego szybko? Żeby 200 stron nie męczyć przez miesiąc. Dlaczego ze zrozumieniem? Jak to dlaczego?

Przeciętny polski czytelnik (kiedy go już znajdziecie) czyta w granicach 200-250 słów na minutę. Statystyki przygotowane przez Amazon.com podają, że średnia liczba wyrazów w książce to około 64 tysiące, co przekłada się na czas czytania między 5g20m a 4g16m dla tych szybszych. I tak 174-stronicowy „Folwark Zwierzęcy” Orwella to około 2g30m ciągłego czytania. A prawda jest taka, że czas ten można skrócić co najmniej o połowę. I nie ekranizacją, a poprawą umiejętności czytania. Nie będę się rozpisywał nad metodami szybkiego czytania, bo sam jeszcze ich nie opanowałem, ale będąc produktem starych metod musiałem skorzystać z nowinek, żeby usprawnić własne czytelnictwo.

Kiedy już nauczymy się ten język przyswajać, nauczmy się też go oddawać.

Nie uczono mnie mówić, nie uczono mnie przemawiać, nie uczono mnie dyskutować i bronić własnych argumentów merytorycznie i na poziomie. Jeżeli nawet takie umiejętności posiadam, to właśnie dzięki własnemu zaangażowaniu. I znowu ci cholerni poeci. Recytacja wiersza to jeszcze nie do końca wystąpienie publiczne, chociaż przed publiką. Scenka w teatrzyku szkolnym to jeszcze nie dialog czy polemika.

W amerykańskich filmach nie raz widzimy, jak nastolatkowie ubiegają się o stanowisko przewodniczącego szkoły. Organizują kampanie wyborcze i biorą udział w debatach. W tych debatach, których tak bardzo boją się nasi politycy.

Język polski jest ciągle językiem żywym i dobrze by było, gdyby tak zostało. Dlatego uważam, że właśnie w szkole powinno się ćwiczyć jego używanie. Niskie umiejętności w tym zakresie sprawiają, że kursy wystąpień publicznych cieszą się dużą popularnością. Dlaczego? Bo mamy potrzebę wyćwiczyć coś, co nie zostało nam wpojone w okresie szkolnym. I dobrze, że uczęszczamy na takie kursy. Umiejętności nabywane w dorosłym życiu są dojrzałe i jesteśmy bardziej świadomi naszych niedociągnięć. Tylko dlaczego młodym ludziom nie dać solidnych fundamentów w tym zakresie?

Umiejętność przekazywania swoich myśli w zrozumiały sposób przydaje się nie tylko politykom ale również handlowcom, szkoleniowcom, kierownikom, mechanikom. Co z tego, że fachowiec posiada wiedzę? Ja nie mam obowiązku mieć jej na tym samym poziomie, ale jak mechanik mi mówi, dlaczego naprawa tego czy tamtego jest konieczna, to ja mam zrozumieć a nie zastanawiać się, czy za profesjonalnym bełkotem nie kryje się próba naciągnięcia mnie na parę stówek. Do tego wszystkiego dochodzi nieśmiałość, trema. Jak wielu z was pała miłością do jakiejś dziedziny i chciałoby ją zaprezentować, a nie potrafi wyjść z ukrycia z powodu obawy przed wystąpieniami? Nieważne czy przed dużą widownią, czy przed jednym człowiekiem. Język, każdy język jest narzędziem do komunikacji z innymi. Więc uczmy tego siebie i nasze dzieci. Uważam, że dzięki temu wiele konfliktów dałoby się rozwiązać, zanim w ogóle urosną do rangi konfliktu.

 

Tyle na początek. Zastanawiam się, co waszym zdaniem jest istotne dla kształtowania młodego człowieka. W kolejnym wpisie podzielę się swoim poglądem na temat matematyki, biologii i w-fu. Na pewno nie wyczerpię wszystkich tematów, ale nie o to chodzi. Jak powiedziałem na początku, nie zamierzam pisać programu nauczania.

Podobno 80% Amerykanów uważa, że ich wiedza jest co najmniej trochę większa od średniej. Nie wiem, czy wynika to z zadufania, czy ze sposobu kształtowania sposobu myślenia o samym sobie. Jestem przekonany o tym, że nasi uczniowie są tak samo zdolni, jak ci amerykańscy. Jednak takie przekonanie raczej nie zostaje w nich odpowiednio zbudowanie. We mnie nie zostało. Sam próbuję się do tego przekonać. Nie wiem skąd to wynika? Może z zawartych w programie zagadnień, może z systemu oceniania wszystkiego i wszystkich. Sądzę jednak, że warto się nad tym zatrzymać – namoment.

mówca 1

Podziel się !!!